Martyna Bunda: Kot Niebieski


Nie miałam w planach pisania o "Kocie niebieskim", ale.
Oglądałam ostatnio jeden z popularnych programów promujących czytelnictwo w naszym kraju. Pan prowadzący pośród przyniesionych do studia książek miał ze sobą również "Kota niebieskiego" Bundy. Nadstawiłam uszu, bo lubię, gdy rozmowa dotyczy tytułów, które sama już czytałam i możemy porównać wrażenia. Niestety, to porównanie nie było nam dane. Pan prowadzący polecił widzom książkę, mówiąc że po przeczytaniu kilkudziesięciu stron wydaje się być ciekawa, wartościowa czy coś w tym guście. Cóż za rozczarowanie. I szkoda mi się "Kota..." zrobiło, bo prawdę pisząc, nie zachęcało to nawet, by tytuł powieści zgooglować. A szkoda.

Otóż na mapie świata jest jedno takie miejsce, którego mury bacznie obserwowały bieg historii, podziwiały obraz toczącego się dookoła i przemijającego życia na przestrzeni prawie 700 lat. Klasztor kartuzów, który stanowi punkt odniesienia dla czytelnika powieści, położony nad wodami trzech pięknych jezior. Od chwili podjęcia przez nawiedzonego wizją ogni piekielnych możnowładcy decyzji o jego wzniesieniu kosztem bardzo wielu osób, poprzez czasy rozkwitu, sławy i świetności, dalej liczne ataki ze trony kolejnych przechodzących przez ziemie kaszubskie armii, po bycie jeno pozostałościami po przeszłości, gruzami we współczesności. Mury patrzące, mury słuchające, mury niemogące jednak przemówić. A opowiedziałyby historie okolicznych osad i jej mieszkańców. Bohaterowie Bundy są bowiem z klasztorem związani, są też powiązani ze sobą. A otaczają ich niebieskie koty.

To opowieść zbudowana na kontrastach. Bogactwo i bieda, władza i poddaństwo, wierność i zdrada, wiara i nauka, rozwój i murowanie ścian, kreacjonizm i ewolucjonizm. Przede wszystkim jednak dobro i zło. Wydawać by się mogło, że w małej społeczności ludzie będą się wspierać. Tymczasem z kart powieści płynie smutna prawda, że jedynie co ludziom dobrze wychodzi, to wykorzystywanie dobrych intencji innych i odwracanie się od nich, gdy nie są już potrzebni, a niewygodne jednostki odsuwać jak najdalej w cień. Do jam po drzewach na przykład.

Świat nie był stały, niezmienny. Nawet nie był materialny. Był jedynie prawdopodobny. Na teraz. Świat stawał się na naszych oczach, a poza nami go nie było. 

Sam styl powieści cechuje pewna wrażliwość, skrywana gdzieś pomiędzy zwyczajnymi zdarzeniami tajemnica, którą czytelnik próbuje uchwycić. Porzucona nałożnica w błękitnej sukni, opuszczająca swe ciało zakonnica, krzyk rozpaczy pośród ciszy murów, niebieskie koty. Martyna Bunda pośród zdarzenia zwykłe, bo przecież takimi są życie klasztorne i życie wiejskie, wplata elementy niezwykłości. Jej bohaterowie są różni, charakterni. Wraz z upływającym czasem przekazują pałeczkę pierwszeństwa na powieściowym pierwszym planie kolejnemu pokoleniu. I to jest świetne. Dlatego szkoda, że w drugiej połowie powieści dość się to autorce rozmywa. Ta bardziej nam współczesna część wydaje się być pisana skrótowo, w pośpiechu, nie czuć już tego dopieszczenia w przejściach bohaterów, jakby brakło już czasu na detale, a może po prostu pomysłu, nie mam pojęcia. Jest to jednak odczuwalne, zwłaszcza gdy pierwsze 200 stron wciąga się z prawdziwym  zainteresowaniem i za jednym podejściem.

Nie chciałabym tu posuwać się do zbyt dalece idącego porównania, bo to zdecydowanie jeszcze nie ten poziom literatury, nie dostaniecie od Bundy tego rozmachu i geniuszu, ale jeżeli podobał wam się klasztorny klimat "Imienia róży" Umberto Eco, czy wiejska magia "Prawieku i innych czasów" Olgi Tokarczuk to "Kot niebieski" Bundy też wam się może spodobać.

Takie 4/6


Martyna Bunda: Kot Niebieski
wydawnictwo: Literackie
rok wydania: 2019