Wiedźmin ad 2019, czyli Netflix pokazuje środkowy palec


Są pewne książkowe, muzyczne, filmowe świętości, których nie można dotykać, bo dotykanie ich kończy się porażką i zmiażdżonymi paluszkami. Ideały, których nie kala się przerabianiem czy robieniem na nowo, bo każda próba ukazania światu nowej wersji spotyka się z ogromnym NIE [smoczy ryk] ze strony fanów. Jedną z takich świętości jest Saga o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Otóż Wiedźmin zajmuje w moim życiu bardzo znaczące miejsce. Jako pierworodne dziecię Ojca Mego, Wiernego Ucznia Geralta indoktrynowana byłam wiedźmińskim światem już od najmłodszych lat. W sumie to rzec można, że się w nim wychowałam i przy Ojcu Moim z góry skazana byłam na fantastyczny żywot, jemu też zawdzięczam to elfie skrzywienie i za co - patrząc na nasz dziwny i często niepojęty dla mnie świat realny - wdzięczna mu będę po wsze czasy. Zrozum zatem ten jęk w głębi mej duszy, gdy Netflix i producent wykonawczy Tomek Bagiński ogłosili, co zamierzają uczynić...

W duszy więc wieszałam psy, wyśmiewałam, marudziłam, umniejszałam i kręciłam nosem, będąc na nie do każdego plakatu, pojawiającej się kolejnej twarzy z obsady, wypuszczonego teasera czy czegokolwiek, co wypływało ze strony twórców serialu, choć oficjalnie i głośno wyrażałam jedynie: zobaczymy co z tego będzie. A już Henry Cavill..., no hell no!, gość typu śliczny jak wymuskana laleczka, co nosi slipki na rajstopach. Kategoryczne nie. Wiedźmin miał przecież gębę szkaradną! Niemłody był! Turlało się to wszystko zatem ku porażce roku.

A potem przyszedł 20 grudnia 2019 roku. Przywdziałam suknię utkaną z ironii, otuliłam się w płacz z sarkazmu, uzbroiłam w popkorn, męża mego przybocznego, który miał za zadanie słuchać wszystkich moich komentarzy (anioł, nie mąż)  i oglądaliśmy. I patrzyłam. I zobaczyłam scenę rzezi w Blaviken. 

Cytując Geralta: Fuck... 

Wtedy właśnie Netflix spojrzał ku mnie i ze złośliwym uśmiechem satysfakcji pokazał mi środkowy palec.

Cóż. Należało mi się. Powinnam teraz klęczeć na grochu, przeprosić ze trzy razy i przynieść w darze łeb wiwerny.

ZACZYNAJMY:

Netflixowy WIEDŹMIN stanowi adaptację kilku kluczowych opowiadań ze zbiorów "Ostatnie życzenie" oraz "Miecz przeznaczenia" uzupełnionych o powiązane z nimi treści z sagi właściwej. Głównymi bohaterami serialu są Wiedźmin Geralt z Rivii, czarodziejka Jennefer z Vangerbergu oraz Cirilla z Cintry. Ich historie widz poznaje naprzemiennie, przedstawiane zdarzenia nie płyną jednak linearnie. Czas w serialu to chaos, zatem bywa, że wracamy na imprezę do zamku, którego podbój widzieliśmy wcześniej.

Na swej ścieżce czasu Geralt przemierza świat na Płotce w rytm kilku historii napisanych przez Sapkowskiego. Druga ścieżka przedstawia autorską, choć opartą na przemycanych w książkach strzępach informacji, wizję młodości Yennefer, jej pobytu w Aretuzie, związku z Istreddem i jej drogi ku pięknu i czarodzicielstwu oraz ukazuje jedną bitwę czarodziejów z siłami Nilfgaardu o Wgórze Sodden (bo to wersja Netflix). Trzecią ścieżką podąża, choć też w poprzek czasu, ród Lwic z Cintry: Królowa Calanthe, jej córka Pavetta oraz kluczowa dla serialu wnuczka Ciri, dziecko przeznaczenia. Ucieka przez czarnymi łapami Nilfgaardu i poszukuje człowieka, którego nigdy nie widziała.

Wszystkie wykorzystane opowiadania są w zasadzie kluczowe, gdyby myśleć o przeniesieniu na ekran Sagi samej w sobie. Nie da się jednak nie dostrzec zmian w ich fabule, okrojeń czy wprowadzonej twórczości własnej. Czy Netflix i Bagiński myślą o kontynuacji? Po tym co zobaczyłam, nie miałabym nic przeciw, gdyby pomyśleli i zrobili całą Sagę. Nie będę kłamać, zaczynałam oglądać serial z wielkim MEH, a skończyłam ze sporym HYPE. Choć jest parę rzeczy, które wywołały u mnie skrzywienie twarzy.

MINUSY:

Zdecydowanie minusem jest chaos zdarzeń. Widz musi odnaleźć się w trzech płaszczyznach czasowych: czasu Wiedźmina, czasu Yennefer i czasu Cirilli. Dla kogoś, kto nie znał wcześniej prozy Sapkowskiego i sensu przedstawianych zdarzeń, zabieg ten może być nieco konfundujący.

Autentycznie przerażają mnie oczy Ciri. Zwłaszcza w scenie nadawania przez Calanthe tytułów szlacheckich.  Jakby były szklane i miały zaraz wypaść...

Nadużywanie słowa MAGICZKA w wersji oryginalnej z polskim lektorem. Yennefer była czarodziejką, nie żadną magiczką. Co to w ogóle za słowo.

Nie darzę postaci Yenne"jejku jej"fer poważaniem. Zatem to, jak ją przestawiono w serialu (Anya Chalotra) miało dla mnie drugorzędne znaczenie. Zagrane elegancko, nie mam się co czepiać. Boli mnie za to serce, ilekroć widzę Triss Merigold, która na dworze króla Foltesta wygląda, jakby się z bajki o Aladynie urwała. Anna Shafter niewątpliwie jest piękną kobietą, ale obsadzenie jej w roli kasztanowłosej czarodziejki było pomysłem równie idiotycznym jak ten, że Fringilla Vigo będzie czarnoskóra (Mimi Ndiweni). Dziękowałam w duchu, że nie wzięli na warsztat postaci Essi Daven... Tak sobie dumam, że zdecydowanie lepszą kandydatką do roli Merigold była błąkająca się przecież po planie Emma Appleton, serialowa Renfri - no spójrz tylko:

Emma Appleton jako Renfri
Rozumiem amerykańską potrzebę "różnorodności", nie przeszkadzają mi czarnoskóre elfy, ale na bogów, nie popadajmy w przesadę! Zaraz oburzą się Azjaci, bo też na pewno chcieli swojego czarodzieja, albo elfa... Ale jakby dwóch czarodziejek było mało, trzecim zawodem był Złoty Smok. Mimo że nie był gumowy, patrząc na rozmach produkcji, pomysłowość twórców wizualizacji i tego, co można było stworzyć, zakładam że naprawdę stać ich było na coś bardziej majestatycznego niż pozłacany pterodaktyl, który nawet nie otwiera paszczy, gdy mówi...
Anna Shafter jako Triss Merigold, Mimi Ndiweni jako Fringilla Vigo oraz Villentretenmerth jako Złoty Smok

PLUSY:

Zdecydowany numer jeden - scena walki na rynku w Blaviken. Całe to jednoujęciowe starcie z bandą dziewczyny oraz walka z samą Renfri. Wizualny majstersztyk. Zbierałam szczękę z podłogi. Zwłaszcza że większość scen walki czy kaskaderskich Cavill odgrywał sam.

Drugi plus. Okazuje się, że jest nim sam Geralt (i piekło właśnie zamarzło). Kiedy przekonałam się do Cavilla? W trzecim odcinku. Mimo tych jego Hmm, które poszły już w wiral, naprawdę dobrze uchwycił to wewnętrzne zniechęcenie i irytację całym plączącym się pod nogami światem, które cechowało książkowego Wiedźmina. Do tego stopnia dobrze oddał graną przez siebie postać, że na królewskich zaręczynach w Cintrze, gdy stoi przebrany w strój odświętny, naprawdę wygląda niczym kupiec bławatny, czyli głupio. Choć nie jest to może ideał Geralta, należy oddać Henry'emu Cavillowi honor, bo naprawdę trudno powiedzieć o jego roli coś złego.

Jak już przy Cintrze jesteśmy, nie można nie wspomnieć o Jodhi May w roli królowej Calanthe, której należą się owacje na stojąco za kreację postaci Lwicy z Cintry. Brawura, szaleństwo, duma i majestat. Siła kobiecości. Przez nią zmienił mi się w głowie przez lata oglądany obraz tej postaci. Całkowicie wymiótł moją autorską wizję, Calanthe ma już twarz Jodhi May. Najdoskonalej odebrana rola w całej produkcji, chapeau bas.

I jest jeszcze Jaskier w duecie ze swą piosenką. Warto odnotować, że nie nazywano go Dandelion jak w grach, a najzwyczajniej w świecie Jaskrem, jak należy. I od pierwszego otwarcia ust Joey Batey był Jaskrem pełną gębą. W ruchach, mimice, spojrzeniu. Chudy, tchórzliwy, kokietujący, bezczelny, z przerośniętym ego. Dokładnie takim Jaskrem, jakiego sobie malowałam w głowie, czytając książki Sapkowskiego.
Sorry, panie Zamachowski.

Henry Cavill jako Geralt z Rivii, Jodhi May jako królowa Calanthe oraz Joey Batey jako Jaskier

I na koniec piosenka. "Toss a coin to your witcher". Upierdliwa jak rzep, bezczelna jak jej twórca i wykonawca. Nieodrodna ballada Jaskra. Raz usłyszana czepiła się mózgu i nie wychodzi ze łba... W ramach ciekawostki rzucę, że wykonujący ją Jaskier/Joey Batey poza spełnianiem się jako aktor jest również wokalistą zespołu The Amazing Devil.



PODSUMOWUJĄC:

Zaskoczenie dla fandomu niewątpliwe. Marudni pozostaną marudnymi, niektórzy tak dla zasady, ale prawda jest taka, że oddana nam pod osąd produkcja w żaden sposób nie obraziła Wiedźmina. Nie umniejszyła mu. Nie poszła w kierunku parodii jak to ongiś się w kraju nad Wisłą zdarzyło. Netflix zaskoczył wszystkich. Netflix pokazał mi środkowy palec. Netflix zrobił to, co zrobił, rzucił na stół ogromny trzos, wykorzystując dzisiejsze możliwości technologiczne (na smoka może już brakło...) i zrobił to bardzo dobrze. Po ośmiu godzinach oglądania cięgiem zgodnie z kanapy oświadczyliśmy: uuuuu, chcemy jeszcze raz! Teraz niech Netflix usiądzie i sobie przeczyta tomy wiedźmińskie od 3 do 7 i  też je dla nas zekranizuje. Dla mnie zekranizuje. Panie Andrzeju, zgodzi się Pan? Proszę...

Wiadomo już, że w lutym 2020 ruszają zdjęcia do kolejnego sezonu, do widzów ma on trafić w 2021 roku. O czym będzie? Nie wiemy póki co nic. W międzyczasie ma się pojawić netflixowy serial animowany, który ma być łącznikiem między pierwszym i drugim sezonem Wiedźmina.
A ja to wszystko chciałabym już.



Wiedźmin / The Witcher
Netflix 2019