Mikołaj Łoziński: Stramer

Opinia na temat powieści "Stramer" Mikołaja Łozińskiego

To taka rodzina, którą podglądasz. Twój cel - jednopokojowe mieszkanie naprzeciwko i jego mieszkańcy. Ósemka ludzi, kot oraz pies. Śledzisz ich życie zza firanki upływających lat, kręcisz czasami głową z niedowierzaniem, uśmiechasz się z radością, podnosisz głowę z zaskoczeniem, lub zwieszasz ją z zawodem i zastanawiasz się, jak toto w ogóle się uchowało.  Gapisz się ukradkiem przez dziesięciolecia zza firany i naiwnie myślisz, że udało ci się przeniknąć ich dusze.

Jest oto ten dziwny okres Rzeczypospolitej pomiędzy dwiema wojnami. Podglądasz życie jednej z tarnowskich żydowskich rodzin - Stramerów. Stramer znaczy silny. Poznajesz Ojca - geniusza nieudanych biznesów, który żyje w cieniu mitu brata z Ameryki, trójkę dzieci starszych i trójkę dzieci młodszych oraz ich Matkę, kobietę miłą, acz kompletnie wypraną z marzeń. Jest biednie, jest ciężko, a mimo to jakoś ciepło, spokojnie, bezpiecznie. Choć świece nie mają knotów, a krzesła miewają podpiłowane nogi.

Spoglądasz zza firanki czasu. Są ci w sumie obojętni, może nawet zaczynasz ich lubić. Ale dookoła zaczyna się wyścig głosów. Najpierw nieśmiałe, mówią rzeczy, których normalnie bałyby się głośno wypowiadać, potem - skoro nikt za to nie karci - coraz donośniej, na większą skalę. I zaczynają się emocje, wzburzenie, przejmowana cudza złość, bo przecież tobie może nic nie zrobili, ale inni mówią rzeczy.... Chcąc nie chcąc odczuwasz zmianę w społeczeństwie, a może i w sobie.

Po co są Stramerowie? Ich życie ma ci tak naprawdę pokazać, jak w dwudziestoleciu międzywojennym zmieniał się Polakom nastrój, jak zmieniały się upodobania, jak narastała niechęć, a antysemityzm zaszczepiany był w człowieku od najmłodszych lat w wierszykach, we wpadających w ucho rymowankach. jak Żydzi szukali ratunku w komunizmie, bo wydawało im się, że dzięki niemu będą "wreszcie równi" Polakom i przestaną być traktowani jak kategoria Be. Wreszcie, jak rozrastał się czarny potwór i oblizywał palce po kolejnych duszach.

W końcu widzisz zmianę w nich - w Stramerach, choć Mikołaj Łoziński dwoi się i troi, by uparcie przekazać ci wizję świata, w którym wszystko jest w porządku. Cała konstrukcja powieści jest jak radosna mała dziewczynka ze słodką kokardką, podrzucająca beztrosko piłkę, za której plecami stoi pluton egzekucyjny z wycelowanymi w nią lufami. Zatem prawda powieści dzieje się w swojej niewypowiedzianej wprost warstwie. Szkoda tylko, że ten koniec jakiś taki w pośpiechu, skrótowy jakby, z punktu do punktu skaczący przez co efektu emocjonalnego, jaki miał ten finał uzyskać, niestety nie udźwignął.

Czas zarazy okazał się być łaskawy dla książek, które wiecznie przekładałam na kiedyś-tam-może. Stosy zaległości zmniejszają mi się teraz w zastraszającym tempie, jeszcze trochę i jak nigdy nie będę mieć żadnych (czyt. czy to czas na zakupy?). Tak, wbrew powszechnej uciesze, odkładałam Rodzinę Stramerów. Ale pamiętałam "Książkę" sprzed lat, więc byłam ciekawa. I w sumie mimo wspomnianych uwag, ogólnie to dobra rzecz panu Łozińskiemu wyszła.

Udany powrót, leki taki, ale nie pusty - 5/6.


Mikołaj Łoziński: Stramer 
wydawnictwo: Literackie
rok wydania: 2019








My Instagram