Jarosław Mikołajewski: Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki

Przeważnie działa to tak, że z góry książek O KIMŚ sięgamy po te o ludziach, których znamy, o których coś już słyszeliśmy, którzy w pewi...

Zuzanna Ginczanka

Przeważnie działa to tak, że z góry książek O KIMŚ sięgamy po te o ludziach, których znamy, o których coś już słyszeliśmy, którzy w pewien sposób nie są nam obcy i ciekawią nas, czy też wiedza o nich może nas w jakiś sposób wzbogacić. A tu było inaczej. Prawdę pisząc, przeczytałam na stronie wydawnictwa Dowody na Istnienie notkę zapowiadającą kolejną książkę z serii reportażowej: "Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki" i nic mi jej nazwisko nie mówiło. Obcość 100%. Więc z ciekawości sięgnęłam po - jak się potem okazało - wiersz. A potem następny, a potem kolejny. A potem czytałam sobie już to, co znalazłam. Nie tylko wiersze, ale i artykuły o niej, wywiady z ludźmi, którzy o niej pisali. Stałam się jej ciekawa. Złapałam się na... - nazwijmy to roboczo - efekt Sanki.

Ale ja to pikuś przy innych.

To nie jest biografia. Tu postać wyłania się z ludzkich nadszarpniętych zębem czasu wspomnień. Z urywanych opisów gdzieś tam w zamierzchłej dawnej prasie. Niby jest, ale jakby na bok odłożona. Jakby nie chciała nikomu przeszkadzać sobą. A ona przecież była, istniała, tworzyła, żyła dopóki mogła, póki jej tego młodego życia nie odebrano. Odważna, niezależna, wyprzedzająca swoją epokę, wyzwolona myślicielka. Piękna kobieta. Poetka. Żydówka. Zuzanna Ginczanka, rocznik 1917, która nie wszystek umarła, choć Zofia Chomin, dzielna żona szpicla, matka folksdojczera, dozorczyni kamienicy, w której ukrywała się poetka wraz z inni Żydami, starała się, by tak właśnie było. Została poezja. Prosta, nienachalna, a przejmująca taka.
* * *
Non omnis moriar — moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi — nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy, 
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze —
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury prutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przerobi.
/Zuzanna Ginczanka/

Miała skończone 27 lat.
28 roku życia nie rozpoczęła.
Szkoda Ginczanki.

I patrzą na mnie z okładki te oczy. Patrzą. Jedno brązowe, drugie niebieskie. Albo jak twierdził inny: jedno niczym piwo jasne, drugie niczym ciemne. Albo jak mówił ktoś jeszcze: jedno beżowe, drugie brązowe. Albo.... . Czy to ma zresztą znaczenie, jak szczegółowo pamiętają? Ważne, że pamiętają, bo dzięki temu czynią nas odrobinę jakby nieśmiertelnymi. Sądziłam, że miałam i chciałam poznać poetkę, której nie znałam. Tymczasem zdaje mi się, że poznałam kogoś zupełnie innego. Patrzę na uśmiechniętą kobietę z okładki, na urodę tak semicką, że aż nazbyt, i sprawdzam, czy na przeciwnym biegunie książki nie ma gdzieś drugiego zdjęcia. Zdjęcia mężczyzny oczarowanego, mężczyzny zafascynowanego, mężczyzny goniącego za cieniem. Bo tak naprawdę to on jest prawdziwym bohaterem.

Jestem w Równem, w Warszawie. We Lwowie, w Krakowie. W Płaszowie. W obozie  i w Adrii. Gdzie jest Zuzanna - nie wiem. Ale cień wciąż podąża za cieniem. Do wspólnej krainy cieni.

/Jarosław Mikołajewski - Cień w cień/

Tak sobie dumam, że kiedy brakuje już suchych, sprawdzonych informacji, gdy kończą się znane nam fakty, zaczyna działać wyobraźnia, rusza cogdybyizm, uruchamiają się domysły. Jarosław Mikołajewski - rocznik 60, poeta, pisarz, tłumacz - rozmawia, opowiada, listy pisze, jeździ do miejsc, szuka, zwiedza. Zafascynowany tak, że spałby w żeliwnej poginczankowej wannie u obcych ludzi, gdyby ta jeszcze tam stała. Goni za cieniem Zuzanny Ginczanki. I ani to reportaż, ani to poezja. Ni to biografia, ni eseistyka. Jak zagubiony pamiętnik, kronika miłości. Historia uwielbienia i poszukiwania kogoś, kogo oddziela mur czasu, granica życia i śmierci. Tyle w tym nostalgii i czułości...

Książka Mikołajewskiego nie jest w stu procentach niczym z wymienionych wcześniej, jest stuprocentową mieszanką tego wszystkiego po trochu. Czy to wada? Absolutnie nie. Niczym w przypadku "NIE MA" pana Szczygła, niezmiennie jestem zwolenniczką wychodzenia poza ustalone ramy wszystkiego i czegokolwiek i mieszania wszystkiego z czymkolwiek. Książki, które nie są tym, czym wydawały się nam być, zostają w czytelniczej pamięci na dłużej.

4/6. I ślę to dalej.



Jarosław Mikołajewski: Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki 
wydawnictwo: Dowody na Istnienie 
rok wydania: 2019

You Might Also Like

0 komentarze