Tak sobie dumam: Czas ten mój odzyskany


Disconnect to Connect


To mój pierwszy od bardzo dawna prawdziwie wolny weekend. Nie muszę absolutnie nic ponad to, czego chcę, czy też tego, na co mam ochotę. Naprawdę. I wiesz co? Nie mam pojęcia, co z tą odzyskaną tylko dla siebie wolnością robić. Bo okazuje się, że chyba brakuje mi jednak bycia okropnie zajętą, bez marnotrawienia czasu. To uczucie podobne do tego, jak na studiach po mocnym dzienno-nocnym zakuwaniu, wreszcie zdawałam egzamin i potem czułam się dziwnie przez jakiś czas, nie ucząc się, jakbym nie robiła tego, co powinnam. Kac taki. Kojarzysz to? 

Czasu nie było na nic, więc wszystko stało na głowie. 
Ja - człowiek czytający minimum 4 książki miesięcznie, przez ostatni kwartał przeczytałam normalnej książki sztuk dwie. O powieści Maríasa pisałam w maju, gdy wynurzyłam się na moment, by odetchnąć (zostawiam link). Na tę drugą wyjątkową lekturę, której zadaniem było podtrzymywanie mnie w pewności, że jeszcze czytam jakieś rzeczy normalne, wybrałam z pełną świadomością "Kroniki Marsjańskie" Raya Bradbury'ego. Bo przecież też podjęłam się zdobywania nowego świata. I mam nieodparte wrażenie, że nie raz wyglądało to dosyć podobnie, jeśli wiesz, co mam na myśli /wink/.

" Ludzie z Ziemi przybywali na Marsa.
Przyjechali wiedzeni lękiem lub brakiem lęku, ponieważ byli szczęśliwi bądź nieszczęśliwi; bo chcieli poczuć się jak Pielgrzymi albo i nie. Każdego przywiodły tu własne powody. Opuszczali nieudane żony, nieudane zawody, nieudane miasta; zjawiali się tu, aby coś odnaleźć, porzucić lub zdobyć, odkryć, pogrzebać, zostawić w spokoju. Wyruszali kierowani śmiałymi wizjami, skromnymi snami albo w ogóle brakiem marzeń."  
Ray Bradbury - "Kroniki marsjańskie"

Oglądałam za to więcej seriali, ale to efekty pracy zdalnej akurat. I jak kiedyś miałam wieczne zaległości w serialach, ciągle coś odkładałam na później, tak ostatnio łapałam się na tym, że nie miałam już z czego wybierać, bo wszystko co chciałam, widziałam. Kto by pomyślał, że można dojść w Netflixie do takiego stanu? W mojej grze stwierdzono by, że przeszłam Netflixa. Dlatego zaczęłam szukać nowego i przyznaję - znalazłam. Ale o tym opowiem w osobnym temacie. 

W każdym razie, to tylko taki welcome back wpis. 

Teraz, celebrując czas ten mój odzyskany, chyba mam zamiar:
  • przywdziać elfie uszy, wskoczyć na grzbiet smoka, zatopić się w World of Warcraft i robić tam aż do pre-patcha ogromne wszystko oraz wielkie nic, 
  • przeczytać górkę książków o czymś niestworzonym, wymyślonym, emocjonalnym i zadumanym,
  • zjechać całe Skyrim na moim druhu Koniczku, zerkając czasem z nieukrywaną radością, jak w oddali usiłuje nas gonić znienawidzona przeze mnie Lidia (jest dla mnie niczym Patrice dla Robin... ale mięso armatnie i dodatkowe sakwy warto mieć przy sobie, prawda?), 
  • nadrobić trochę wieści z rynku literatury, bo nie mam zielonego pojęcia, co się działo przez ten czas w świecie książki,
  • ... i znów pisać
  • ale przede wszystkim zmienić tę czcionkę, bo wróciłam, włączyłam stronę, żeby sprawdzić czy jeszcze istnieje i mnie literki zabolały w oczy.

O, taki plan na weekend. Od czegoś trzeba zacząć. Listę będę aktualizować.
Zatem witaj z powrotem. Co tam? Jakie plany?