Jonathan Carroll: Kąpiąc Lwa

Tak Sobie Dumam: Jonathan Carroll - Kąpiąc Lwa

Gdybym wyrwana ze snu miała wskazać, która z przeczytanych w życiu książek wprawiła mnie w zdumienie, bez wątpienia odpowiedziałabym, że w moim życiu było takich książek bardzo wiele, zaś budzący chyba sam zdecydowanie zbyt mało czyta, skoro naiwnie uważa, że zawsze da się wskazać w czymś numer jeden. Tak. Jednak gdyby mnie o taką listę wielu poprosić, z pewnością jedną z pozycji zajmowałby On. Amerykanin Jonathan Carroll i jego "Kąpiąc Lwa".

Bo co my tu mamy? Świat - właściwie standardowy. Ludzie w powieści - zupełnie zwyczajni. Miejsca - realne i proste. Wszystko jest znane. Rozpad małżeństwa i uczucia targające małżonkami, wewnętrzne rozbicie starszego człowieka po śmierci bliskiej mu osoby, czy też zdrada przyjaciela i związane z nią obawy. Carroll pisze o uczuciach w taki sposób, że tworzonym przez niego postaciom po prostu się wierzy, a może i miejscami współodczuwa z nimi. Carroll umie w emocje. Tyle, że to jest tylko jedna płaszczyzna powieści.

Do niej przylega ta druga.

Pojawia się w zasadzie w chwili, gdy pięć osób śni w tym samym momencie wspólny sen. Sen, w którym wszyscy znają swoje głęboko ukrywane sekrety. W "Kąpiąc Lwa" właśnie za sprawą snu stawiany jest wielki odrealniony znak zapytania na tle płaskiej realności. Bo jak dowiadujemy się z treści "kraina snu jest jak plac zabaw, na którym zerwana z więzów rzeczywistości wyobraźnia wyżywa się na karuzelach, huśtawkach i zjeżdżalniach". I to tu rozpoczyna się prawdziwy absurd, zdziwność za zdziwnością. Czytelnik zaczyna odczuwać niepokój: o co chodzi, kto jest kim, co tu robi Słoń, gadające krzesło i co to jest Przerzutka albo Salto? 

Mentalne salto zrobiłam bez wątpienia ja, kilkukrotnie zresztą. Gdy sądziłam, że znam już bohaterów, że rozumiem, co się na obrazku wyłania, Carroll podmieniał mi kawałki układanki i znów coś się zmieniało. Ktoś coś pamiętał, ale ktoś inny nie miał pojęcia, że przeżywa ponownie ten sam moment swego życia. Nagle wszystko zawracało. Wskakiwało w inne miejsce. Oczywiście pasowało tam, ale już zupełnie nie współgrało z moim wcześniejszym zamysłem. Bo mój zamysł roztrzaskał się na kawałki.Zaczynałam więc od początku wędrówkę po labiryncie snu. Niczym literacka kolejka górska, na której trzeba mocno się trzymać, bo łatwo jest wypaść. 

A potem już nie ma snu. Zostaje dziwna rzeczywistość. 

Tak sobie dumam, że podobno można śnić świadomie, wpływać na sen i kształtować go według własnej woli. Chciałbyś? Ja nie bardzo.Tradycyjny sen ma w sobie bowiem coś z czytania powieści.Dostaję historię i nie wiem, co spotka mnie w niej za chwilę. Poddaję się biernie zdarzeniom, podążam według scenariusza, który stworzył dla mnie mój własny umysł. Zaglądam niepewnie za róg i przyglądam się wykreowanemu tam światu. Czujesz we własnych snach zapachy? 

Wyciągnęłam tę historię z worka własnej przeszłości, bo wróciłam sobie do niej po latach. I ku memu zaskoczeniu, sprytnie wykorzystując fakt upływu czasu, zasłony z milionów cudzych słów i kruchości ludzkiej pamięci, "Kąpiąc Lwa" dalej zmuszała mnie do mentalnych salt. To nie jest łatwa książka. To książka, która bez wątpienia wymaga myślenia i analizowania czytanych treści w trakcie, bo bez tego, potraktowana jako powieść do zwyczajnego przeczytania, zwyczajnie czytelnika zamęczy. Taki autoodsiewiacz. Wielu zapewne poległo. Leniuszki. Za to lubię tę książkę jeszcze bardziej.


Jonathan Carroll: Kąpiąc Lwa (Bathing the Lion)
Tłumacz:Jacek Wietecki
wydawnictwo: Rebis
Seria: Salamandra
Rok wydania: 2013