Tak Sobie Dumam: O królikach i kapeluszu

TakSobieDumam.pl - bajka o królikach i kapeluszu

Dziś bez książki. Dziś kubkofiliżany w dłoń, sobotnia kawa i dumanie. Bo niedawno przyleciał do mnie za pomocą socjalmedium mały papierowy samolocik. Gdy go rozłożyłam i wygładziłam dłonią wszystkie zgięcia, zobaczyłam wypisane pytanie. Przyglądałam się, przyglądałam i myślałam, czy w ogóle i co odpowiedzieć. Postanowiłam zatem coś dla konstruktora tej zmyślnej maszyny latającej uczynić w rewanżu i opowiedzieć mu bajkę. Bajkę o królikach i kapeluszu. Taki mój ukłon. Mam nadzieję, że będzie kontent.

Dawno, dawno temu dostałam pewien kapelusz. Mówiono, że pasuje idealnie i powinnam go stale nosić. Z początku nieśmiało, ale nosiłam. Dziwny trochę był, ale grzał w uszy. Z czasem tak się do niego przyzwyczaiłam, że traktowałam go, niczym przedłużenie siebie samej. Do kapelusza tego wkładałam Króliki. Wypowiedziane, niewypowiedziane. Zakończone, rozgrzebane. Wszystkie, choć czasem były to pojedyncze łapki czy nawet jeden dziwny uszoogonotwór, który gdzieś tam kiedyś rozbrzmiał mi wewnątrz głowy. Lubiłam królikotwory, przyznaję. No kłębowisko królików. Moje kłębowisko. 

Więc kapelusz ten był skarbcem. Mieścił moich królików dorobionych i niedorobionych całe tony. Królikowe szaleństwo. W życiu jednak wszystkiego nie przewidzisz. Czasem pogoda się zmienia, wiatr mocno wieje, deszcz leje nieprzerwaną ścianą wody i trzeba przez pewien czas nosić na głowie kask. Kapelusze się nie nadają, bo się rozpływają. Dlatego przywdziałam kevlarowy hełm, a kapelusz  ściągnęłam i odłożyłam na półkę. Miał tam czekać, aż... . Zostawiłam go w domu i wyszłam tam, gdzie trzeba było iść. Kevlar dał radę, osłonił. Wróciłam, ale spóźniona. Kapelusza już nie było, ktoś go zabrał i teraz sobie nosi, widuję. W sumie mógł, w końcu leżał niby niczyj taki. Bezpański. Zatem no hard feelings.

Ale. Kapelusz to w końcu tylko kapelusz. Dla mnie zawsze najcenniejsza była jego zawartość, a wszystkie króliki zdążyły się przed przejęciem schować i bezpiecznie trafiły do domu. Zatem króliki z kapelusza przeszłości wyciągam właśnie dlatego. Jako symbol absolutnego braku znaczenia kapelusza. Prawdę pisząc, czas pokazał, że nowa czapka podoba mi się o wiele bardziej. Króliki są w nim szczęśliwsze, bo wstążeczki i kokardki nie ściskają im już gardełek. A i mnie nic nie ciśnie w głowę. Jest nam teraz cicho i przepięknie. I mogę robić co tylko zachcę, jak choćby pisać bajki dla twórców przesyłanych mi za pomocą fejsbukowego korytarza powietrznego samolotów.

Zatem, mój drogi Twórco samolociku z papieru:
Tak. Zdecydowanie nie. I Dziękuję 🖤
I żyjmy dalej. 

Do zaczytania.






PS. A w ogóle to chyba minął już rok. Zbyt szybko.