Ádám Bodor: Ptaki Wierchowiny

Adam Bodor - Ptaki Wierchowiny - Tak Sobie Dumam

Chyba każdy ma choć jedną historię, która została z nim na dużo dłużej, niż tak zwane jedno czytanie. Książkę wyjątkową na tyle, by chcieć do niej po jakimś czasie wrócić. W moim przypadku to nie jedna powieść. To całkiem spora wieża papierowej wyjątkowości. Mój osobisty wieloświat, jak go lubię nazywać. I gdzieś tam w środku niego leży wierchowińska Jabłońska Polana.

Jest zapomnianym miejscem gdzieś na końcu świata, jak opisuje ją jeden z bohaterów powieści. Podobnie jak cała otaczająca ją przestrzeń łąki paltyńskiej i pasma gór Medwaya. Jak mająca w nich źródło rzeka Jabłonka, jak tryskające gorącą wodą źródła termalne, w tym to jedno z zanurzonym w nim niebieskim prosiakiem. W całości. Wierchowina z której wszyscy odchodzą, a do której ja znowu powróciłam.

"Odszedł więc mój stary, odszedł Anatol Korkodus. Został po nim tylko pełny talerz. Z resztek, ze sterczących, ostrych kawałków zorientowałem się, że zjadł świnki morskie niemal niepogryzione, razem z kośćmi."

W Jabłońskiej Polanie mało kto mieszka. Tuzin ludzi, może dwa, nie więcej. Jest podupadający zakład fryzjerski, stary szpitalik, jest gospoda pod Dwiema Ladacznicami, są nawet te dwie ladacznice. Kiedyś zapewne młode. Prawie nikt tu nie mówi po węgiersku, co jest przykre, bo panienka Klara Bursen bardzo lubi, gdy jej się czyta w tym języku. Czeka na swojego wywróżonego węgierskiego oficera, który ma przybyć i ją kochać, i w związku z tym panienka chce się dla niego nauczyć języka.

Cała osada utrzymuje się ze sprzedaży wody ze źródeł termalnych, którymi Jabłońską Polanę pobłogosławiła przybyła z Niemego Lasu Matka Trójnoga. W miejscu objawienia się postawiono ku jej pamięci pomnik, zaś w dniu jej święta mieszkańcy oddają Matce Trójnogiej cześć poprzez włożenie połówki śliwki między uda pierwszej i drugiej nogi oraz drugiej połówki śliwki między uda nogi drugiej i trzeciej. Historię Jabłońskiej Polany, a także zniknięcia w niejasnych okolicznościach brygadiera brygady do spraw wodnych Anatola Korkodusa opowiada czytelnikowi Adam, jego przybrany syn.

No jak się nie zachwycić?

Sposób pisania Ádáma Bodora to spokojna i harmonijna narracja prowadzona przez bohatera pogodzonego z wydarzeniami. W jego słowach nie wyczuwa się złości, raczej rezygnację. Bodor pisze w sposób prosty, a jednocześnie język powieści nie jest pozbawiony finezji. Realizm magiczny dodatkowo nadaje całości lekko onirycznego smaku. Autor niejednokrotnie pozostawia miejsce w treści, które czytelnik powinien sobie uzupełnić sam za pomocą domysłu czy też dalszego kontekstu. Jest to opowieść wypełniona harmonią, którą w pełni można usłyszeć, jeżeli w czasie czytania odetniemy się zupełnie od bodźców zewnętrznych i pozwolimy ponieść się jej melodii. W trakcie lektury "Ptaków Wierchowiny" przypomniały mi się moje pierwsze zachwyty odrealnioną twórczością Márqueza. Zaś sposób zupełnego ignorowania opisów postaci, a w zamian za to podkreślania i powtarzania wielokrotnie pewnej ich konkretnej cechy, to znów szalona podróż przez twórczość Camila José Celi. Jedna powieść porusza wiele czułych strun.

"Ptaki Wierchowiny" noszą podtytuł "Wariacje na temat dni ostatnich". Z rozległą przestrzenią łąk, źródeł termalnych, Niemego Lasu i pasma górskiego kontrastuje mała, ściśnięta wręcz osada, która przypomina żywy skansen, choć wydarzenia opisane w powieści dzieją się współcześnie. Ludzie żyją odcięci od świata, telefon milczy głucho, na Wierchowinę nie dojeżdża żaden pociąg, ptaki dawno odleciały, a woda zdaje się być zanieczyszczona. Nietypowe, niemal nierealne zjawiska, które się tam dzieją, dla bohaterów powieści nie są niczym niezwykłym. 

I choć pierwszą moją myślą było powiązanie podtytułu ze zniknięciem Anatola, wydaje się, że również Jabłońska Polana przeżywa swoje ostatnie dni. Nie można nie dostrzec wszechobecnego braku poczucia sensu, rozkładu, ludzkiego strachu przed obcymi - tymi z zewnątrz, którzy niosą ze sobą śmierć, złe wieści, a z całą pewnością jakąś zmianę - a także przed władzą, która niczego nigdy nie wyjaśnia, oczami szpiegów nieustannie obserwuje to jabłońskie życie, a pod osłoną nocy zabiera ludzi. "Ptaki..." to w gruncie rzeczy napisana z delikatnym humorem i okraszona realizmem magicznym smutna opowieść o znikaniu z mapy świata pewnej fikcyjnej (chociaż kto to wie...) osady. 

"Czekamy, a nuż ktoś tu się zjawi. A nuż zjawią się ci, którzy porwali Anatola Korkodusa. Wagabuna o wielkich stopach i końskiej twarzy, który chciał otworzyć nieczynne kopalnie, lub prokurator Damasskin Nikolsky, który z krytej przyczepy wypuścił na łąkę paltyńską sześć par szakalolisów. Albo ktoś inny. Kto przyjdzie i powie, po co tu jesteśmy. A może nikt już tutaj nie przyjdzie".


______________________________

Z cyklu: niezapomnienie

bo szkoda, by tak dobre rzeczy znikały

______________________________

Ádám Bodor: Ptaki Wierchowiny
tytuł oryginalny: Verhovina madarai
tłumaczenie: Elżbieta Cygielska-Guttman
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2014