Marcin Pilis: Łąka Umarłych

Marcin Pilis: Łąka Umarłych | Tak Sobie Dumam

Naród wybrany, choć silnie doświadczony, nigdy nie stracił na swojej przyrodzonej szlachetności. I wszyscy w tym Narodzie są uczciwi, i wszyscy mają pokój w sercach, więc jeśli walczą to w słusznej sprawie. A każdy w tym Narodzie jest wychowany w duchu tolerancji, bezinteresownej miłości do bliźniego, która sprawia, że pomocna dłoń wyciąga się sama na wieść o cudzej krzywdzie. W tych prawdach się utwierdzają, tak sobie samym i sami o sobie mówią, tak głoszą oficjalnie wszem i wobec, zarzucając na siebie tym samym bańkę ignorancji, a głoszone staje się faktem. Prawdę z czasem przecież przykryją łąkowe kwiaty...

Gdy się o czymś nie mówi, to to nie istnieje. 

Podejście przyświecające politykom bez względu na czasy i aktualnie ogłoszony ustrój. Gdy się o czymś nie mówi, to to nie istnieje. Dlatego pewnie Wielkich Lip nie ma. Mapa ich nie wskaże. Władza dba, by nikt do nich nie przyjeżdżał, ani też nikt z nich nie wyjeżdżał. Bo władzy najwygodniej jest Wielkie Lipy po prostu przemilczeć. Spokój, wielki zaszyty w lesie spokój. Ale spokój zostaje w roku 1970 zakłócony. Pojawia się w Wielkich Lipach obcy. Kwiaty na łące wyciągają swe główki wyżej.

"Łąka Umarłych" to opowieść zbudowana na tajemnicy. Bohater trafia w miejsce skrywające mrok. Pchany wewnętrzną ciekawością powoli odkrywa kolejne fragmenty przeszłości, wyciągając prawdę na światło dzienne. To opowieść o bestialstwie, obdarciu z człowieczeństwa, o złamaniu. Niekończąca się wina i niekończąca się kara. Wieś przedstawiana przez pryzmat kilku płaszczyzn czasowych pozwala wejrzeć w temat stosunków polsko-żydowskich, gdy ci byli sobie sąsiadami oraz stosunków polsko-niemieckich, za sprawą których sąsiad zaczynał mordować sąsiada. Mordercza pacyfikacja wiosek na okupowanych przez niemieckie wojska terenach jest faktem, udział w nich ludności polskiej niestety również. Dlatego dziś historia opowiedziana przez Pilisa zasmuca, ale nie szokuje. Dekadę temu zapewne było inaczej*.

W dalszym ciągu jednak powieść daje ogromne pole do dumania nad człowiekiem bestią i nad człowiekiem akceptującym. Bo tym, co w powieści Marcina Pilisa zadziałało na mnie najmocniej, był właśnie ten milczący tłum i to, czym ten tłum stał się potem. Momentami myślałam o mieszkańcach Wielkich Lip z obrzydzeniem. Niebywałe, jak szybko człowiek potrafi wyzbyć się ludzkich odruchów, gdy tylko wrzucić go w system zezwalający na bezkarne przemoc i nienawiść. Jak gdyby bycie prawym i szanującym innych człowiekiem stanowiło maskę zrywaną z twarzy z ulgą w momencie legitymizacji bestialstwa i zła. Dlaczego? Jak tak można? Czy to strach, czy to próba wkupienia się w łaski oprawcy? Bo takie pytania rodzą się w myślach współczesnych nas, tych Nas, którzy mamy się za lepszych. A jednak jestem przekonana, że i między nami współczesnymi skrywają się potwory w ludzkich maskach. 

Wielkie Lipy to nie jest konkretne miejsce na mapie. Wielkie Lipy to w zasadzie cała Polska ukryta za domami jednej wsi. Pokolenie mogące opowiadać o wojennych wydarzeniach w oparciu o własne doświadczenia już niestety przemija. W szkolnych ławach dowiemy się dziś tylko tego, czego mamy się dowiedzieć, co ma zostać nam przekazane, historia zaś dopasowywana jest do ogólnonarodowej narracji. Dlatego dzięki bogom za literaturę, która pozwala zrozumieć, że nic nie jest po prostu czarne albo białe. Że wszystko, absolutnie wszystko jest utytłane w różnych odcieniach gęstej szarości, a my tę szarość musimy zaakceptować i nie deptać łąkowych kwiatów. 

*pierwsze wydanie powieści 2010 rok

_________________________________
Marcin Pilis:  Łąka Umarłych
Wydawnictwo: Lira
Rok wydania: 2020 (rozszerzone)